„Najtrudniejszą sprawą jest dyscyplina i trening emocji. Tego właśnie potrzebuje nowoczesny świat, tak bardzo potrzebuje, że zaledwie rozumie, co słowa te znaczą: a jest to dostępne tylko w dogmatycznej religii”.

(Thomas S. Eliot)

„W fotelu fryzjerskim siedział człowiek niewymownej brzydoty. Jego twarz blada, długa, jakby barania, była pokryta krwawiącymi krostami. Nożyce obcinały kłaki jego zwełniałych włosów żółtego koloru. Czułem do niego tak wielką odrazę, że myśl o znalezieniu się zaraz w tym samym fotelu i poddanie się tym samym nożycom była dla mnie nieznośna. Tak przyłapałem się raz jeszcze na wstręcie do większości ludzkich plemion, w czym krył się mój pociąg do gatunku ludzi przeciwstawionych tamtym, urodziwych, do których oczywiście zaliczałem siebie” – pisze Czesław Miłosz. Autor daje nam w tym krótkim tekście świadectwo autentycznej pracy nad swoimi uczuciami. Polega ona na rozpoznawaniu i kontrolowaniu budzących się w nas odruchowo „nieuporządkowanych uczuć” i próbie życzliwego rozumienia, w swoich nieuporządkowanych uczuciach, siebie i bliźniego.

1. Nawrócenie – przemiana całego człowieka

W naszych rozważaniach o wewnętrznym nawróceniu podkreślamy nierzadko konieczność zmiany naszego sposób myślenia i pojmowania rzeczywistości. Jest to – jak się wydaje – jednostronne i powierzchowne traktowanie problemu przemiany wewnętrznej. Jeżeli nawrócenie człowieka ogranie my do sfery rozumowej, możemy je osiągnąć nawet bard; szybko. Oto przykład: osoba niepewna siebie i swoich poglądów w kontakcie z człowiekiem o zdecydowanych i jasnych przekonaniach może się łatwo z nimi utożsamić i uznać je swoje. Po pewnym jednak czasie, kiedy minie pierwsze wrażenie, w spotkaniu z nowymi ludźmi może na nowo zmienić swoje przekonania, uznając poglądy z przeszłości za niepełne lub nawet fałszywe.

W nawróceniu na równi ze zmianą sposobu myślenia winien się także zmieniać nasz sposób uczuciowego reagowania, nasze postawy serca. Nawrócenie winno być bowiem przemianą całego człowieka, a nie jakiejś jego części. W języku biblijnym określa się to mianem „przemiany serca”, które jest centrum osobowości, siedzibą wszystkich witalnych człowieka. Przyjęcie argumentów racjonalnych nie oznacza jeszcze pełnej przemiany wewnętrznej. Trzeba również przemiany naszych wewnętrznych postaw, które są zasadniczym źródłem naszych uczuć i płynących z nich reakcji.

Ta „uczuciowa” przemiana jest jednak długim i trudnym procesem. Wymaga on z naszej strony świadomego i trwa' go zaangażowania duchowego i ludzkiego. Właśnie dlatego problematyki ludzkich uczuć nie możemy pozostawić jedynie psychologii oraz terapii psychologicznej. Winna się nimi zająć również duchowość. Katechizm Kościoła Katolickiego stwierdza, iż „pojęcie «uczucia» należy do dziedzictwa chrześcijańskiego. […]Uczucia są naturalnymi składnikami psychiki ludzkiej, stanowią obszar przejściowy i zapewniają więź między życiem zmysłowym a życiem ducha. Nasz Pan wskazuje serce człowieka jako na źródło, z którego rodzą się uczucia” (KKK 1763-1764).

2. Jak bezpiecznie kroczyć przez świat uczuć?

„Ćwiczeniami duchownymi nazywa się wszelkie sposoby przygotowania i usposobienia duszy do usunięcia wszystkich uczuć nieuporządkowanych, a po ich usunięciu – do szukania i znalezienia woli Bożej” (Ćd 1). Nawrócenie domaga się od nas wejścia w świat naszych „nieuporządkowanych” uczuć. Poznać świat uczuć człowieka to w pewnym sensie poznać samego człowieka. Przez nasze uczucia ujawnia się bowiem to, co jest w nas najgłębszego: nasze pragnienia, tęsknoty, nadzieje, oczekiwania, ale także nasze potrzeby, obawy, lęki, gniew, niezadowolenie z siebie i innych.

Jeżeli pragniemy poznać siebie, by móc poznawać Boga, to trzeba nam się odwołać nie tyle do naszych myśli o nas samych, ile raczej do naszych uczuć, rozumianych jednak bardzo szeroko. Nasze „rozumienie siebie” jest zawsze uwarunkowane. Może ono kształtować się pod wpływem działających w nas nieświadomie mechanizmów obronnych lub też powierzchownych opinii innych ludzi, które spontanicznie przyjmujemy jako własne.

Wejście w świat uczuć, który nie był do tej pory świadomie kształtowany i pielęgnowany, może okazać się zadaniem niełatwym. Odnosi się to zwłaszcza do osób nastawionych przede wszystkim na działalność zewnętrzną, którym brak głębszej refleksji. Świat uczuć ludzkich przypomina gęsty las, niekiedy wręcz wielką dżunglę, w której łatwo można się zagubić.

Aby bezpiecznie kroczyć przez „las naszych uczuć”, zwłaszcza nieuporządkowanych, trzeba spełnić pewne podstawowe warunki. Po pierwsze, konieczna jest pewna świadomość i pragnienie dobrowolnego wejścia w siebie. Po drugie, potrzeba nam także czasu wyciszenia i modlitewnej refleksji nad sobą. Nikogo nie można na siłę wprowadzić w rozeznawanie, porządkowanie i kształtowanie własnych uczuć. Próba robienia tego na siłę, na przykład w wychowaniu, przynosi zwykle przeciwne skutki. Aby móc wejść w świat naszych uczuć, niezbędne jest także kierownictwo duchowe.

„Pierwszym prowadzącym” człowieka w rekolekcjach jest Duch Święty, który działa przez słowo Boże. Jeżeli poddamy się Temu nauczycielowi, ujawni On i osądzi wszystkie najgłębsze zamysły serca, wszystkie nasze uczucia. Aby jednak nie ulec złudzeniom z powodu – jak mówi Karl Rahner SJ  – „niesamowitej ludzkiej skłonności do fałszerstw moralnych” i nie kierować się nieświadomie mechanizmami obronnymi, ojciec Ignacy daje odprawiającemu rekolekcje także człowieka – kierownika duchowego.

Odwołując się do mądrości Kościoła, jak również do osobistego doświadczenia i wiedzy, kierownik duchowy ma pomóc rekolektantowi rozeznać się w świecie jego „doświadczeń uczuciowych”. Obejmują one nie tylko to, co dzieje się w duszy człowieka, ale także to, co dzieje się w świecie „ludzkiej psychiki”. Nie jest to jednak sprawa prosta, ponieważ oba działania w człowieku (duchowe i psychiczne) są ściśle splecione i nie można ich rozdzielać. Doświadczenia duchowe wyrażają się w przeżyciach psychicznych, a nawet cielesnych i odwrotnie – doświadczenia w sferze ludzkiej psychiki i ciała mają związek także z duchowym wymiarem człowieka.

Poważnym zubożeniem w traktowaniu człowieka jest lekceważenie lub zaniedbanie którejkolwiek z trzech „warstw” osoby ludzkiej: fizycznej, psychicznej i duchowej. Świadome przyjęcie kierownictwa duchowego wyraża osobistą troskę, aby nie ulegać złudzeniom. Dotyczy to przede wszystkim sytuacji, kiedy stajemy przed koniecznością uznania nieuporządkowanych uczuć, których dotychczas nie byliśmy świadomi.

3. Czym są uczucia?

W obecnych rozważaniach nie będziemy się zajmować teoriami psychologicznymi. Chcemy podać jedynie pewien prosty klucz do lepszego poznania siebie.

Nieraz zastanawiamy się, jakie są nasze główne wady, namiętności, skłonności i jak głęboko są one w nas zakorzenione. Pytamy siebie, nad czym właściwie winniśmy pracować. Aby odpowiedzieć sobie na te i podobne pytania, trzeba wejść w świat swoich uczuć. One dopiero nam powiedzą, jakie są nasze rzeczywiste problemy, które zatrzymują nas w drodze do Boga.

Wszystkie uczucia w człowieku możemy podzielić na dwie kategorie: uczucia „pozytywne” – „przyjemne” w doświadczaniu oraz uczucia „negatywne” – „nieprzyjemne” w przeżywaniu. Przykładem uczuć pozytywnych może być przeżywanie radości, zadowolenia, przyjemności, sympatii, miłości, entuzjazmu. Natomiast przykładem uczuć negatywnych może być gniew, złość, zazdrość, wstręt, niechęć, odraza, niezadowolenie.

Podział, który został tu zaproponowany, jest znacznym uproszczeniem. Istnieje bowiem w nas wiele „odczuć duchowych – natchnień” lub też „uczuć obojętnych”, które trudno byłoby nam zaliczyć do jednej z tych dwu kategorii. Nasze uproszczenie jest jednak celowe, gdyż w tych rozważaniach będziemy się zajmować przede wszystkim „uczuciami nieuporządkowanymi”, które przeszkadzają nam w drodze do Boga.

Uczucia pozytywne odruchowo i chętnie są przez nas akceptowane i przyjmowane. Stanowią o przeżywaniu stanu naszego „szczęścia”. Dobre „samopoczucie” to trwanie w „dobrych”, „pozytywnych uczuciach”. Uczucia negatywne są natomiast przez nas odruchowo odrzucane i stają się źródłem naszego stanu „nieszczęścia”. Złe „samopoczucie” to doświadczanie „negatywnych” uczuć. Nie jesteśmy zadowoleni z przeżywanego gniewu, złości, wstrętu, zazdrości itd.

Co to są uczucia? To pewien psychiczny stan człowieka, pewne nastawienie wewnętrzne, które towarzyszy każdemu naszemu doświadczeniu. Stan ten ujawnia „na zewnątrz” to, co jest „wewnątrz” nas. Jak każdy przedmiot materialny ma określoną temperaturę, tak niemal każde nasze ludzkie doświadczenie ma także swój „uczuciowy stan”, uczuciową temperaturę. Uczucia towarzyszą nam nie tylko na jawie, ale także podczas snu. Nasze sny odznaczają się zwykle wielkim bogactwem uczuciowym.

Uczucia negatywne, przykre dla nas, są „znakami”, że daną sytuację, w której się one budzą, odbieramy przede wszystkim jako zagrożenie; przypominają one czerwone światło, które nas ostrzega: „Uwaga! Niebezpieczeństwo!”. Uczucia pozytywne sygnalizują nam natomiast, iż sytuacja, w którą wchodzimy, jest dla nas dobra. To jakby zielone światło, które mówi: „Możesz wejść w daną sytuację, bo ona jest dla ciebie dobra”.

Jest rzeczą ogromnie ważną uświadomić sobie, że nasze uczucia są sygnałami subiektywnymi. Rzeczywiste zagrożenie w wielu naszych subiektywnych odczuciach lękowych winno być dopiero rozeznane w rozmowie z osobą, która posiada duże doświadczenie w tej dziedzinie. Takiego rozeznania wymaga wiele naszych uczuć, także pozytywnych.

Uświadamianie sobie faktu, że nasze uczucia są „sygnałami subiektywnymi”, pozwala nam nabierać do nich większego dystansu i nie identyfikować się z nimi. Lęk, zazdrość, wrogość, gniew i każde inne uczucie jest „we mnie”, ale „ja sam” nie jestem lękiem, zazdrością, wrogością czy gniewem. Teoretycznie stwierdzenie to wydaje się oczywiste i wprost truizmem byłaby próba udowadniania go. A jednak w codziennych zachowaniach nierzadko reagujemy tak, jakbyśmy nie mieli żadnej wolności i byli niemal skazani na uleganie naszym najbardziej prymitywnym odruchom uczuciowym.

Viktor E. Franki, twórca logoterapii, powołując się na psychiatrę Rudolfa Allersa, mówi: „Człowiek «ma» charakter, ale «jest» osobą”. I dodaje: „Człowiek jako duchowa osoba ma charakter i ma wolność w stosunku do charakteru. Skłonność charakteru nie jest więc w żadnym razie czynnikiem rozstrzygającym: ostatecznie rozstrzygające jest zawsze zajęcie stanowiska przez osobę. […]Człowiek ma więc wolność nie tylko w stosunku do wpływów swego środowiska, lecz również wobec swego charakteru”.

Realność zagrożenia wynikającą z niektórych sytuacji widać nieraz bez większego rozeznania. Jest jednak wiele innych sytuacji, które odbieramy jako zagrożenie tylko z powodu naszych lękowych postaw wobec życia. To w rzeczywistości zagrożenia pozorne. Nabranie dystansu do nich sprawia, iż przestajemy je przeżywać jako źródło lęków. Podobnie dzieje się w przypadku uczuć pozytywnych: „przyjemność” z nich wypływająca nie musi się wiązać z rzeczywistym dobrem; dobroć „zapowiadana” przez pozytywne odczucia może być pozorna i zwodnicza (por. Ćd 314).

W obecnych rekolekcjach stawiajmy sobie pytanie: Jakie są moje zasadnicze uczucia negatywne? W jakich sytuacjach się one budzą? Co mnie najczęściej irytuje, złości, zniechęca? W jakich sytuacjach czuję się lepszy, chwalony, a w jakich gorszy, lekceważony, pomijany? Przez kogo czuję się przyjęty, akceptowany, kochany, a przez kogo odrzucony, pomijany, niekochany? Czego w życiu się jeszcze spodziewam, jakie są moje nadzieje? Jakie są moje obawy, lęki, zagrożenia? Te i tym podobne pytania mogą nas naprowadzić na pełniejsze odkrycie uczuć, które doprowadzą nas do ich źródła.

4. Skąd się biorą nasze uczucia?

Kiedy powierzchownie patrzymy na świat ludzkich odczuć, może nam się wydawać, iż źródła naszych uczuć leżą poza nami. Mówimy nieraz, usprawiedliwiając pewien typ naszych reakcji, często bardzo niedojrzałych: „on mnie zdenerwował”, „on mnie irytuje”, „on powoduje moją agresję”, „on budzi moją sympatię, życzliwość”. W tym typie rozumowania nacisk położony jest na „on”.

Pełniejsze poznanie siebie, uświadomienie sobie zasadniczych postaw życiowych pozwoli nam jednak stwierdzić, iż to nie ludzie, problemy czy konflikty budzą nasze uczucia. Sytuacje zewnętrzne stają się jedynie katalizatorami tego, co w nas już od dawna istnieje. Wszystkie nasze uczucia, zarówno pozytywne, jak i negatywne, mają swoje źródło w utrwalonych postawach wewnętrznych oraz utrwalonych zachowaniach wewnętrznych. Te zaś kształtowały się w nas od niemowlęcych lat. Niektórzy psycholodzy stwierdzają nawet, iż okres prenatalny ma także decydujący wpływ na kształtowanie się naszej osobowości.

Postawy wewnętrzne i utrwalone zachowania są wypadkową bardzo wielu czynników naszego życia: wychowania, przeżytych doświadczeń, dokonanych wyborów, popełnionych błędów, pełnionych przez wiele lat ról itd. Na utrwalanie się naszych postaw wewnętrznych „pracowało” całe nasze życie, cała nasza historia. Szczególne znaczenie ma tutaj doświadczenie wyniesione ze środowiska rodzinnego.

Viktor E. Frankl podkreśla jednak, iż nie jest aż tak ważną rzeczą doszukiwanie się w naszej historii życia genezy utrwalonych postaw i zachowań wewnętrznych. Znacznie ważniejsze jest natomiast poznanie roli, jaką pełnią one dzisiaj w naszym życiu. Doszukiwanie się samemu genezy utrwalonych postaw i zachowań, szczególnie wówczas, kiedy nie zaleciły nam tego kompetentne osoby, może naprowadzać na jałową autopsychoanalizę, która skoncentruje nas jedynie na nas samych.

Aby praca nad sobą przynosiła owoce rzeczywistej przemiany wewnętrznej, trzeba najpierw odkryć utrwalone w nas postawy, które w języku potocznym określane są jako główne cnoty i wady. Wielu z tych postaw możemy być nieświadomi.

5. Jak pracować nad uczuciami?

Najpierw trzeba nam nauczyć się dostrzegać i doceniać nasze uczucia. Uczucia, wszystkie uczucia, są bogactwem człowieka. I chociaż bogactwo to jest uwikłane w nasze fundamentalne zranienie grzechem cudzym i własnym, jednak nie zmienia to faktu, iż mają one decydujące znaczenie na wszystkich płaszczyznach naszego życia. Jak mówi Katechizm Kościoła Katolickiego, „uczucia są naturalnymi składnikami psychiki ludzkiej […]i zapewniają więź między życiem zmysłowym a życiem ducha” (KKK 1764). Głównym błędem, który popełniamy w pracy nad sobą, jest lekceważenie świata uczuć. Uczucia są zawsze bardzo cennym źródłem informacji o nas samych, o naszych najgłębszych postawach, które kierują naszym życiem.

W sytuacjach niepowodzeń i konfliktów trzeba nam świadomie i z wolnością rezygnować z obwiniania bliźnich, by móc dostrzec własne reakcje uczuciowe oraz zasadnicze postawy wewnętrzne, które się za nimi kryją. Zbytnie skoncentrowanie się na „winie” innych odwraca naszą uwagę od własnej odpowiedzialności za siebie, za swoje reakcje i czyny. To pewien mechanizm obronny, który winniśmy rozeznawać i świadomie go przekraczać.

Niedojrzałość człowieka zarówno w sferze emocjonalnej, jak i duchowej – obie te sfery ściśle się ze sobą łączą – polega między innymi na nieznajomości czy też nawet na lekceważeniu świata uczuć. Zwykle jednak człowiek, który lekceważy swoje uczucia, w życiu codziennym nierzadko kieruje się niemal wyłącznie odruchami uczuciowymi, z czego najczęściej nie zdaje sobie sprawy. Ważnym wymogiem dojrzałości emocjonalnej i duchowej jest świadomość własnych uczuć, które towarzyszą nam we wszystkich naszych codziennych doświadczeniach.

Dostrzegając nasze negatywne uczucia, które odsłaniają kruchość i ułomność ludzką, nie powinniśmy jednak usiłować zmieniać ich natychmiast. Jedynie siłą własnej woli, woluntaryzmem nie możemy odmienić naszych uczuć. Zbyt silny nacisk woli na nasze uczucia może prowadzić jedynie do emocjonalnej represji. Karl Rahner SJ, powołując się na św. Tomasza z Akwinu, stwierdza, że jest rzeczą niemoralną tłumienie sfery emocjonalnej. Represja uczuć jest rozwiązaniem krótkowzrocznym. Nasze uczucia bowiem zepchnięte w lochy podświadomości uzewnętrzniają się w innej, zwykle „gorszej” postaci. I tak na przykład osoby, które dążą do wielkiej zewnętrznej poprawności, usiłujące kontrolować całą sferę emocjonalną, bywają zwykle zamknięte w sobie, spięte i drażliwe na swoim punkcie. To bardzo wysoka cena, jaką osoby te płacą za swoją zewnętrzną poprawność i nienaganność.

Z żadnymi uczuciami nie trzeba walczyć. Nie należy się też ich obawiać. Trzeba uczyć się świadomie i dobrowolnie je akceptować, by następnie móc nimi odpowiednio kierować. Nasze uczucia poddają się naszej woli i są nam uległe tylko wówczas, kiedy uznamy je „za nasze”. Natomiast wówczas, kiedy doświadczamy swoistej obcości wobec naszych emocji, stawiają nam opór i „nie chcą” być nam posłuszne.

„Jeżeli w świecie uczuć wyrzekasz się czegoś – zauważa hinduski jezuita ojciec Anthony de Mello – to zrastasz się z tym na zawsze. Kiedy coś zwalczasz, wiążesz się z tym na wieki. Tak długo jak z tym walczysz, tak też długo dajesz temu moc. Dokładnie taką moc jak tę, którą wkładasz w tę walkę. Tak więc musisz przyjąć twoje uczuciowe demony, bo kiedy z nimi walczysz, dajesz im siłę”.

Pierwszym warunkiem dobrej, mądrej kontroli naszych uczuć jest pełna ich akceptacja. Jednak już samo przyjęcie i zgoda na własne uczucia wymagają od nas minimum pokory. Niełatwo przyznać się przed sobą, przed innymi i przed Bogiem do „prymitywnych” i „brzydkich” uczuć, które pojawiają się w naszej świadomości. One obnażają to, czym na co dzień żyjemy: wewnętrzne postawy, zachowania, pragnienia, potrzeby i dążenia. Negatywne uczucia najmocniej pokazują potrzebę wewnętrznego nawrócenia i przemiany całego naszego życia.

„Fałszywa świętość” polega między innymi na nieakceptacji głębi własnego wewnętrznego nieuporządkowania. Ucieczka od siebie w świat religijnej iluzji stanowi zwykle formę ucieczki od własnych negatywnych uczuć, których nie chce się uznać ani przed sobą, ani przed Bogiem i ludźmi. Zepchnięcie własnych negatywnych emocji do podświadomości może być wówczas fałszywie interpretowane jako „czystość własnej duszy”, jako znak moralnej nienaganności.

Z naszymi uczuciami winniśmy postępować podobnie jak doświadczony i mądry pasterz zachowuje się w stosunku do stada owiec, które pasie. Obserwuje je uważnie i pozwala iść owcom w dowolnym kierunku. Interweniuje zdecydowanie dopiero wówczas, kiedy owce zbliżają się do jakiegoś niebezpieczeństwa, na przykład idą w kierunku przepaści. Owce, pozostawione same sobie, są zwierzętami „bezradnymi” i dlatego szybko się gubią. Łatwo też stają się łupem drapieżników. Podobnie bywa z naszymi uczuciami. Uczucia jak owce potrzebują mądrego i doświadczonego pasterza. „Pasterzem” dla naszych uczuć jest nasze serce, sfera ducha poddana Bogu.

Katastrofą dla stada jest, kiedy jego pasterzem staje się złodziej i rozbójnik. Wchodzi on do owczarni tylko po to, aby kraść, zabijać i niszczyć (J 10, 10). Podobnie katastrofą jest dla człowieka, kiedy jego uczuciami kieruje „złe serce”, serce złodzieja i rozbójnika, które nie liczy się z Bogiem i Jego przykazaniami. Wówczas uczucia takiej osoby, miast stawać się jej bogactwem i służyć budowaniu z bliźnimi relacji miłości, przyjaźni i wzajemnego oddania, stają się narzędziem zniszczenia, krzywdy i śmierci. Codzienne dramaty i tragedie ludzkie są tego najlepszym dowodem.

6. Ocena moralna ludzkich uczuć

Czy „nieuporządkowane uczucia” są grzechem? Na to pytanie Katechizm Kościoła Katolickiego odpowiada jednoznacznie: „Uczucia same w sobie nie są ani dobre, ani złe. Nabierają one wartości moralnej w takiej mierze, w jakiej faktycznie zależą od rozumu i od woli. […]Doskonałość dobra moralnego lub ludzkiego wymaga, by rozum kierował uczuciami. Wzniosłe uczucia nie decydują ani o moralności, ani o świętości osób; stanowią niewyczerpany zasób wyobrażeń i odczuć, w których wyraża się życie moralne. Uczucia są moralnie dobre, gdy przyczyniają się do dobrego działania; w przeciwnym razie – są moralnie złe. Prawa wola podporządkowuje dobru i szczęściu poruszenia zmysłowe, które ona przyjmuje. Zła wola ulega nieuporządkowanym uczuciom i potęguje je. Emocje i doznania mogą być przekształcone w cnoty lub zniekształcone w wady” (KKK 1767-1768).

Świadomość, że utrwalone postawy wewnętrzne i wypływające z nich uczucia nie są same w sobie „faktem” grzechu, choć stwarzają mniej lub bardziej silną tendencję do postępowania wewnętrznie złego z punktu widzenia moralnego, daje nam możliwość nabierania dużego dystansu do naszych najbardziej nieuporządkowanych i najbardziej „wstydliwych” uczuć. Lęk i poczucie winy rodzące się spontanicznie pod wpływem negatywnych uczuć koncentrują nas na nich i ogromnie utrudniają nam panowanie nad nimi.

Silne negatywne uczucia trzeba nam uznać za stan kuszenia, który sam w sobie nie jest moralnym złem. Od wyboru dokonanego przez ludzkie serce zależy, czy kuszenie stanie się okazją do grzechu, czy też do głębszego powierzenia swojego życia Bogu. Jednak „inną jest rzeczą pokus być przedmiotem, a inną rzeczą pokusom tym ulec” – stwierdza William Shakespeare. „Inną jest rzeczą” budzenie się w nas nieuporządkowanych uczuć pychy, zazdrości, gniewu, nienawiści, chciwości, zmysłowości itp., a „inną rzeczą” uleganie tym uczuciom i postępowanie zgodnie z nimi.

7. Opór wewnętrzny

Odkrycie utrwalonych postaw wewnętrznych będących źródłem określonych uczuć jest często niełatwe. W każdym z nas działa wiele mechanizmów obronnych. Jeżeli nie jesteśmy ich świadomi, utrudniają nam ogromnie prawdziwą ocenę samych siebie. Potrzebna jest już pewna „kultura uczuciowa”, wyrobienie wewnętrzne, aby dostrzegać w sobie i przekraczać opór psychiczny, który odruchowo rodzi się w nas, kiedy dotykamy mocno utrwalonych i zastarzałych nieraz sposobów zachowania i reagowania. „Jesteśmy skłonni bać się wszelkiej wiedzy, która mogłaby obudzić w nas uczucie pogardy do samych siebie lub poczucie niższości, słabości, braku wartości, poczucie, że jesteśmy źli i musimy się wstydzić. Chronimy siebie i swój idealny obraz przez represję i inne podobne mechanizmy obronne, które w swojej istocie są sposobami na to, żeby nie uświadamiać sobie prawd nieprzyjemnych” – pisze amerykański psycholog Abraham H. Maslow.

Dostrzeżenie w nas utrwalonych postaw i zachowań wewnętrznych bardzo nas zobowiązuje. Domaga się bowiem zakwestionowania naszego postępowania oraz zmiany siebie. Kiedy nie chcemy uznać naszych nieuporządkowanych postaw wewnętrznych, wówczas zaistniałe konflikty z bliźnimi usiłujemy rozwiązać, analizując nieuporządkowane postawy wewnętrzne naszych bliźnich. Przyjmuje się wówczas łatwiejsze rozwiązanie: zamiast oskarżyć siebie, oskarża się bliźnich. Oskarżając innych, ich właśnie zobowiązujemy do wewnętrznej przemiany. Oskarżając zaś siebie, zobowiązywalibyśmy samych siebie do nawrócenia. Oskarżanie innych jest jednak zawsze pewną formą przerzucania na bliźnich własnych nie-uporządkowanych postaw i konfliktów. „Gdy próbuje się odsłonić nam nieświadome motywy, to zaczynamy z tym walczyć, ponieważ niektóre nasze interesy są zagrożone. Krótko mówiąc, określamy to zjawisko pojęciem oporu” – pisze Karen Horney, niemiecka psychoanalityk i psychiatra.

Ks. Henri J. M. Nouwen, profesor psychologii, w dzienniku swojego siedmiomiesięcznego pobytu w klasztorze trapistów w Genesee w Stanach Zjednoczonych tak oto szczerze pisze o swoich mechanizmach obronnych: „Dziś rano Ojciec John [kierownik duchowy autora]wyjaśnił mi, że siewka potrafi oszukiwać człowieka, udając, że jest ranna, po to żeby odciągnąć jego uwagę od jajek złożonych w piasku na otwartej przestrzeni. Wspaniałe! Udawanie jako broń. Ileż to razy domagałem się współczucia z bardzo błahego powodu po to, żeby odwrócić czyjąś uwagę od problemu, który chciałem zachować w tajemnicy. Czasem wydaje mi się, że każdy ptak zinstytucjonalizował któryś z moich mechanizmów obronnych. Kukułka składa swoje jajka w gnieździe innego ptaka, który ją wyręcza w wychowaniu piskląt; baltimorska wilga naśladuje dźwięki groźnych ptaków, żeby odstraszyć wrogów, czerwonoskrzydły kos tak głośno potrafi krzyczeć człowiekowi nad głową, że zmęczony tym hałasem szybko opuszcza teren, który ptak uważa za swoją własność. Nie trzeba długo rozmyślać, żeby dojść do wniosku, że ja robię wszystko to samo, a nawet znacznie więcej, by siebie chronić, albo żeby przeprowadzić swoją wolę”.

W cytowanym fragmencie książki autor opisuje doskonały przykład uważnej i krytycznej obserwacji swoich mechanizmów obronnych, która daje możliwość ich kontrolowania i panowania nad nimi.

8. Potrzeba wypowiadania naszych uczuć

„Nikt nie jest dobrym sędzią we własnych sprawach” – to przysłowie zawiera głęboką prawdę psychologiczną o człowieku. Nie można samemu rozeznać się w świecie swoich uczuć. Aby móc je obiektywnie ocenić, dostrzec ich źródła oraz wpływ na nasze wybory i decyzje, potrzebujemy pomocy człowieka doświadczonego. Jak nikt z nas nie może oglądać własnej twarzy bez pomocy lustra, podobnie nikt nie może nauczyć się prawdziwie odczytać swojego stanu wewnętrznego bez pomocy bliźniego. Stajemy w ten sposób przed problemem kierownictwa duchowego lub też – w sytuacjach bardziej złożonych emocjonalnie – przed problemem terapii psychologicznej.

Ojcowie Pustyni wyraźnie rozgraniczali spowiedź od kierownictwa duchowego. Spowiedź odbywano przed kapłanem, któremu wyznawano grzechy, natomiast po kierownictwo duchowe udawano się do ojców duchownych, którzy najczęściej nie byli kapłanami, ale doświadczonymi w życiu wewnętrznym mnichami. Aby nabyć „kultury uczuciowej”, która pozwoliłaby nam kierować całą sferą uczuciową, winniśmy otwarcie, szczerze i „obiektywnie” mówić o naszych wewnętrznych przeżyciach i doświadczeniach w kierownictwie duchowym.

Zauważmy, iż jest rzeczą niemożliwą całkowite ukrycie naszych uczuć. Ludzie bardzo zamknięci, którzy nigdy nie mówią o sobie i swoich odczuciach, całą swoją postawą nieustannie „wypowiadają” swoje podstawowe uczucia: zamknięcie i lęk o siebie. Nasze uczucia wypowiadamy nie tylko za pomocą słów, ale całym naszym zewnętrznym zachowaniem: mimiką twarzy, spontanicznymi odruchami, gestami. Nawet wówczas, kiedy nie słyszymy potoku wypowiadanych słów, łatwo wyczuwamy u pewnych osób lęk, wrogość, lekceważenie czy też przeciwnie – sympatię, otwartość, akceptację, łagodność i dobroć.

Zwykle jednak dla wypowiedzenia naszych uczuć korzystamy ze słów. W wypowiadanych słowach liczy się nie tylko treść, ale także ton, barwa, dźwięk samego głosu. One często są ważniejsze od treści. Spontaniczne słowa zachwytu, podziwu, sympatii czy też narzekania, obmowy, przekleństwa są najczęściej impulsywną formą wypowiadania uczuć. Powodują one obniżenie w nas napięcia psychicznego. To jednak bardzo doraźny efekt.

Stopniowa przemiana naszych utrwalonych postaw wewnętrznych i bardziej trwała zdolność kierowania naszymi uczuciami wymagają werbalizacji uczuć przed człowiekiem postronnym. Może on nam pomóc obiektywnie spojrzeć na nasze emocjonalne doświadczenia i ich wpływ na nasz sposób myślenia, reagowania oraz nasze codzienne zachowanie. Taka praca może dokonywać się jedynie w obecności, najogólniej mówiąc, osoby zaufanej, która – poza głębokim doświadczeniem życiowym – winna mieć również dystans do przedstawionych jej przeżyć.

9. Trud wypowiadania własnych uczuć

Ujawnianie swoich uczuć, analizowanie ich, także przed zaufaną osobą, nie przychodzi łatwo. Mówiąc o sferze emocjonalnej, dotykamy bowiem zawsze tego, co jest w nas najbardziej intymne i osobiste. Mówiąc zaś o uczuciach nieuporządkowanych, dotykamy naszych zranień doznanych od innych lub też własnych grzechów i błędów. Te zwykle długo nas bolą.

Boimy się werbalizować nasze stany wewnętrzne także dlatego, że obawiamy się kolejnego zranienia. Nie można jednak otrzymać skutecznej pomocy lekarskiej, uciekając przed poznaniem własnych ran lub też zaprzeczając ich istnieniu. Pomoc lekarza może otrzymać tylko ten, kto otwarcie i szczerze mówi o swoich dolegliwościach.

Czy możemy zamknąć się w nas samych i nie rozmawiać otwarcie i szczerze, nigdy i z nikim, o tym, co się w nas dzieje – o naszych natchnieniach, pragnieniach, potrzebach, pożądaniach, lękach? Czy możemy pozwolić sobie na zamknięcie się w świecie własnych uczuć? Z pewnością tak. Może to być nasz wybór. Jednak jak każdy ważny wybór życiowy, tak również i ten ma swoje dalekosiężne konsekwencje. Nierozpoznane, niewypowiedziane i niekierowane przez nas nieuporządkowane uczucia pracują w nas, pogłębiając i utrwalając wewnętrzne postawy, z których się rodzą. W miarę upływu czasu, jeżeli latami nie pracujemy nad sobą świadomie i dobrowolnie, nasze osobiste problemy się powiększają. Dają one o sobie znać we wszystkich naszych relacjach: w relacji do Boga, bliźnich i siebie samego.

O wiele trudniej uleczyć w nas narosłe przez dziesiątki lat urazy do ludzi, poczucie krzywdy, lęki, niż uchwycić tego rodzaju tendencje w młodości. Trudniej też zrozumieć i przyjąć utrwalone w ciągu długich lat życia popadanie w zniechęcenie, niezadowolenie z siebie czy nawet stany depresji, niż zaakceptować takie skłonności i uczyć się je kontrolować w momencie wchodzenia w życie dorosłe. Podobnie dzieje się z każdym innym naszym problemem: chorymi ambicjami, pychą, zmysłowością, lękiem. Wielka energia, zapał, entuzjazm i odwaga okresu młodości są nam dane między innymi w tym celu, byśmy przez zaangażowaną i mądrą pracę nad sobą przygotowali się do życia. To, czego nie poznamy o         sobie i nie przyjmiemy, na pewno przerzucać będziemy na naszych najbliższych, raniąc siebie samych i otoczenie. I tak na przykład nasze surowe osądy moralne bliźnich nie są niczym innym jak tylko naszymi osobistymi nieuporządkowanymi uczuciami, których nie zaakceptowaliśmy w nas samych. Zwykle drażni nas u innych przede wszystkim to, z czym sami mamy poważne problemy.

Kiedy z całą szczerością i odwagą wchodzimy w nasze uczucia, wypowiadamy je przed sobą samym, przed Bogiem i przed drugim człowiekiem, aby je rozeznać i odnaleźć ich źródła, wówczas stopniowo ulegają przemianie wewnętrzne postawy, z których pochodzi świat naszych uczuć. Przemiana zaś postaw wewnętrznych owocuje stopniową przemianą naszych uczuć. Autentyczna praca nad sobą wymaga jednak nie tylko wiele otwartości, szczerości i ofiary, ale także wiele cierpliwości, wyrozumiałości i współczucia wobec siebie. Taka postawa owocuje z czasem większą łagodnością i miłosierdziem zarówno w relacji do siebie, jak i do bliźnich. Ogromną pomocą może w tym względzie okazać się codzienny rachunek sumienia, w którym będziemy szczerze mówić do Boga o tym, czym żyjemy na co dzień.

10. Nie otrzymaliście ducha niewoli

„Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą” (Mt 5, 8). Federico Arvezú SJ, psychoterapeuta i kierownik duchowy, interpretując to błogosławieństwo, stwierdza, iż możemy je odnieść do wszystkich naszych uczuć. Ludźmi czystego serca są ci, którzy nie boją się samych siebie i swoich nieuporządkowanych uczuć. Wyzwolili się bowiem ze strachu o siebie i zaakceptowali siebie wraz ze wszystkimi swoimi emocjami. Nie koncentrują się na sobie, ponieważ nie boją się siebie i właśnie dlatego mogą pełniej skoncentrować się na Bogu i Jego miłości. Nie przyglądają się nieustannie sobie z lęku o siebie, dlatego w miłości mogą oglądać Boga i słuchać Jego słowa. Są przejrzyści przed sobą i przed Bogiem. I chociaż widzą, że są słabi, zranieni, grzeszni (uczucia nieuporządkowane, które w nich są, przypominają im o tym nieustannie), to jednak nie boją się o siebie, bo zaufali Bogu.

Nieakceptowanie własnych uczuć jest wyrazem buntu przeciwko sobie. „Nie uciekaj od swoich wewnętrznych uczuć, nawet jeśli wydają się one przerażające – zachęca ks. Henri J. M. Nouwen. – Poprzez dokładne śledzenie ich zrozumiesz je lepiej i będziesz mógł łatwiej szukać nowych dróg, kiedy te stare natkną się na ślepą ścianę. Badając dogłębnie swoje niesforne i gwałtowne emocje, staniesz wobec swego grzesznego «ja». Ta konfrontacja nie powinna prowadzić do rozpaczy, lecz dać ci wolność, dzięki której otrzymasz miłosierdzie Boże, bez którego nie jest możliwe żadne uzdrowienie”.

Wchodzenie w świat naszych uczuć, poznawanie ich, wypowiadanie, odkrywanie postaw wewnętrznych, z których one wypływają, stawia nas w prawdzie. Prawda ta nierzadko boli i trudno ją przyjąć. Odkrywamy bowiem w nas ogrom przywiązań do rzeczy i ludzi, niezdrowych ambicji, niepokoju, poczucia winy, niezadowolenia z siebie, wrogości wobec innych, poczucia zagrożenia, zazdrości, tendencji depresyjnych itp. Otwarta konfrontacja z tym wszystkim może budzić nasze przerażenie i prowadzić nas nawet do granic rozpaczy. „Obawa poznania samego siebie jest bardzo często […]analogiczna do strachu przed światem zewnętrznym” – pisze Abraham H. Maslow.

Słusznie więc może rodzić się pytanie, czy temu wszystkiemu podołam. Uzasadnione też wydają się nasuwające się wątpliwości: Czy warto wchodzić w siebie i pytać się o to wszystko, co jest we mnie? Czy nie lepiej żyć w „błogiej nieświadomości”? Wielu ludzi tak właśnie sądzi i żyje według tego rozwiązania. Nie wchodzić w siebie, nie poznawać siebie, nie czuć się zobowiązanym do pokonywania swoich zniewoleń – to wydaje się łatwiejszą propozycją. Pytanie, czy jest to prawdziwsze i uczciwsze wobec swojego człowieczeństwa, wobec bliźnich, z którymi jesteśmy związani, i wreszcie wobec Boga. „Doskonałość moralna – przypomina nam Katechizm Kościoła Katolickiego – polega na tym, aby człowieka kierowała do dobra nie tylko wola, lecz także jego dążenie zmysłowe zgodnie ze słowami Psalmu: »Moje serce i ciało radośnie wdają do Boga żywego« (Ps 84,3)” (KKK 1770).

Jeżeli człowiek nie poznaje swoich nieuporządkowanych postaw i nie przemienia ich powoli i stopniowo, one zatrzymują go w rozwoju wewnętrznym i stają się zasadniczym, choć nieświadomym motywem całego jego postępowania. Człowiek służy wówczas sobie samemu, swojemu „wewnętrznemu nieuporządkowaniu”, nawet jeżeli subiektywnie wydaje mu się – jak faryzeuszowi z przypowieści o faryzeuszu i celniku  (por. Łk 18, 9-14) – że służy Panu Bogu. Służyć Bogu „całym swoim sercem, całą. swoją duszą i całym swoim umysłem” (Mt 22, 37) może tylko człowiek dążący usilnie do wewnętrznej wolności. Poznajemy samych siebie, cały bogaty świat uczuć nieuporządkowanych, aby stawać się ludźmi bardziej wolnymi. „Nie otrzymaliście przecież ducha niewoli” (Rz 8, 15) – przypomina nam św. Paweł. Wewnętrzna wolność uczyni nas bardziej dyspozycyjnymi do szukania Boga i Jego woli we wszystkim (por. Ćd 1). Jezus zapewnia nas: Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli (J 8, 32).

Bożkiem człowieka mogą stać się nie tylko „rzeczy”, które są „poza człowiekiem” (sukces, opinia, dobra materialne), ale również postawy wewnętrzne: zamknięcie w sobie, lęk o siebie, melancholia, smutek, wrogość i niechęć wobec innych. Nasze „bożki” powoli jednak zmieniają się w demony. Obietnica łatwiejszego życia, którą daje „demon”, zamknięcia się w sobie jest – jak każda obietnica złego ducha – czczym kłamstwem. Zamiast teoretycznych dowodów, wystarczy uważna obserwacja życia.

Wszystkie nasze życiowe zranienia i wewnętrzne nieuporządkowanie trzeba nam świadomie i dobrowolnie podjąć jako trudne zadanie, które życie stawia przed nami. Wykonanie tego zadania uczyni nas pełniejszymi i bardziej wolnymi ludźmi.

„Praca nad sobą staje się nie tylko podstawowym moralnym obowiązkiem, ale zarazem podstawowym moralnym przywilejem. Gdy będziemy poważnie traktować sprawę własnego rozwoju – sami owej pracy nad sobą zapragniemy. Pozbywając się […]obsesji na temat własnej osoby, uzyskując wolność dbania o własny rozwój – wyzwalamy u siebie zarazem zdolność do miłości i do troski o innych ludzi” – pisze Karen Horney. Jest to zdolność do rzeczywistej troski o służenie Bogu „całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem”.

11. Miejcie te same uczucia co Jezus Chrystus

Kończąc nasze rozważania na temat porządkowania własnych uczuć, by móc stać się wolnymi dla Boga, chciejmy uświadomić sobie jeszcze raz, że uzdrowienie naszych zranień i zniewoleń nie przychodzi przede wszystkim dzięki naszemu wysiłkowi. Nasz wysiłek jest konieczny, ale nie decydujący. Uzdrowienie przychodzi dzięki łasce Boga. Nasz wysiłek otwiera nas na działanie Jego leczącej łaski. Im pełniej się otworzymy, tym skuteczniejsze będzie Jego działanie.

Wchodzimy w nas samych, aby z całym brzemieniem, które odkrywamy w sobie, stawać przed Jezusem ukrzyżowanym i pokornie prosić o przebaczenie i uzdrowienie, świadomi, że tylko w Jego męce i śmierci jest nasze uzdrowienie. Leczy nas okazane nam w Jezusie Chrystusie miłosierdzie Boga Ojca.

To właśnie stawanie przed Chrystusem w szczerości i prawdzie czyni nas wolnymi, to znaczy podobnymi do Niego: „A Bóg, który daje cierpliwość i pociechę, niech sprawi, abyście wzorem Chrystusa te same uczucia żywili do siebie i zgodnie jednymi ustami wielbili Boga i Ojca Pana naszego, Jezusa Chrystusa” (Rz 15, 5-6). Być podobnym do Chrystusa, naśladować Go to znaczy żywić do siebie nawzajem takie uczucia, które były w Nim samym. W Jezusie nie było emocji nieuporządkowanych, ponieważ oddał się On całkowicie do dyspozycji Ojca i Jemu tylko służył. Dzięki podobieństwu naszych uczuć do uczuć Jezusa nie tylko jesteśmy „lepsi” dla siebie i dla bliźnich, ale także wielbimy Boga i oddajemy Mu chwałę za Jego działanie w nas.

Kiedy modlimy się do Serca Pana Jezusa – „Uczyń serca nasze na wzór Serca Twego” – to prosimy Go, aby dał nam łaskę kształtowania w nas takich postaw, jakie odkrywamy w Nim samym. Rozważając życie Jezusa i Jego naukę, trzeba nam pytać nie tylko o zawarte w nich treści intelektualne, ale przede wszystkim o ukryte w nich najgłębsze pragnienia i uczucia, o Jego Serce, by w ten sposób czynić nasze serca na wzór Jego Serca.

Fragment Adamie, gdzie jesteś? (Kraków, 2012), zamieszczony za zgodą Wydawnictwa WAM. Wszystkie prawa zastrzeżone.

[czytaj więcej]